Relacja z kraju deszczem i herbatą płynącego.
czwartek, 19 lipca 2007
Trzymać szczęki bo opadną;)

Pamiętacie jak pisałem o tym jak zostałem supervisorem. Nie powiem, niezły to był awans, ale uwierzcie mi po tym co zaraz przeczytacie to był pikuś. A więc moi drodzy dalej pracuje w tej samej firmie, ale już jako MENEDŻER. (siiiii do dzisiaj nie mogę w to uwierzyć). Zacznijmy od początku. Tydzień temu w poniedziałek zadzwoniła do mnie szefowa, z informacją, że ma dla mnie jakąś propozycję. Spotkałem się z nią i z szefem tego samego dnia wieczorem. Nie wiedziałem o co im chodzi, ale do głowy mi nie przyszło, że chodzi o awans. Jak mi o tym powiedzieli to myślałem, że z krzesła spadnę. Załatwiliśmy to fachowo, wytłumaczyli mi na czym praca miałaby polegać, jaka pensja itp. Oczywiście dali mi czas na zastanowienie się. Od razu po wyjściu od nich zadzwoniłem do Kucyka po poradę. W szoku byłem strasznym, jakaś taka mieszanka podekscytowania, euforii, sam nie wiem czego, myślałem że zaraz odfrunę. I wszystko byłoby super, gdyby nie jedno 'ale', jakim jest mój język .Oczywiście dla nich nie jest to żadnym problemem, bo jak mi oznajmili, nie szukają kogoś z dobrym językiem tylko dobrze zorganizowanego i znającego się na rzeczy. Przez moje kilka tygodni bycia superviosrem przekonali się, że jestem dobrym kandydatem. Naliczyliśmy z Kucem trzy miliony więcej plusów niż minusów tej pracy więc postanowiłem, że w to wchodzę. Spotkałem się z szefostwem raz jeszcze. Ponownie wszystko przedyskutowaliśmy i począwszy od tego poniedziałku jestem Contract Menagerem. Kurde, jak spadać to z wysoka. Po czterech dniach stwierdzam, że nie jest tak źle. Niestety dalej pracuje po 10godzin dziennie, ale już widzę, że to przez język. Niektóre sprawy zajmują mi zbyt dużo czasu właśnie z powodu problemów lingwistycznych. Widzę jednak, że z czasem będę w stanie wszystko tak zorganizować, aby po ośmiu godzinach pójść do domu. Jedynym dużym minusem tej pracy jest stres, ogromny stres, uwierzcie mi. Stres wynikający z odpowiedzialności jakie stanowisko ze sobą niesie oraz z faktu, że trzeba tego cholernego angielskiego używać. Wczoraj miałem gorszy dzień i już miałem ochotę to rzucić (nie chciałbym paść na zawał przed 30stką), ale znowu zrobiłem bilans plusów i minusów i stwierdziłem, że byłoby to głupotą. Los się do mnie uśmiechnął, w wieku 24 lat zostałem menadżerem:))))))))) Dopóki mnie sami nie wywalą nie zrezygnuję. Zacisnąłem zęby i prę do przodu. Wiem, że mam okazję nieźle się rozwinąć dzięki tej posadzie. Traktuję to jako inwestycję w samego siebie. Pamiętacie jak pisałem, że chciałbym być kiedyś menadżerem? Naprawdę nie sądziłem, że stanie się to tak szybko:))))))))))  Następnym razem opiszę czym się konkretnie zajmuję.

p.s. przede mną pracował na tym stanowisku facet z 30letnim doświadczeniem menedżerskim. Zwolnili go po miesiącu. Jak mówią, zbyt dużo stracili przez niego kontraktów. Po nim przez kilka tygodni próbował swoich sił chłopak, który przez dwa lata był u nich supervisorem. Po miesiącu odszedł za porozumieniem stron. Na miejscu pracowników zrobiłbym zakłady o to ile ja wytrzymam.

piątek, 06 lipca 2007
Lajf is brutal and full of kanapkas

Dzisiaj (w Polsce juz wczoraj) rano wyszedlem do pracy o 5.30, a wrocilem z pracy o 23.00. Zanim zalatwilem papierkowa robote zrobila sie 23.30. Jutro rano musze wstac o 6.00, bo juz mi sie dzisiaj kanapek nie chcialo robic.

Tak tylko sie chcialem pozalic.

p.s. wiecie co jest najgorsze we wczesnym wstawaniu do pracy? Najgorszy jest wieczor wczesniej, gdy trzeba zrobic kanapki. Robienie kanapek jest najgorsza czynnoscia zaraz po zakupach.

Wszystkiego najgorszego!;)

poniedziałek, 02 lipca 2007
Kilka słów na temat angielskich supermarketów

Przed chwilą wróciłem z Morrisona gdzie po raz kolejny się wkurzyłem. W ogóle, to może zacznę od tego, że nie znoszę zakupów. Z chęcią bym supermarkety omijał z daleka, ale niestety coś jeść trzeba. W Morrisonie przy samym wejściu wita nas, raczej chłodno, dział z warzywami. Temperatura pewnie z jakieś minus 20 stopni. Ja rozumiem, że warzywa lubią zimno, no ale bez przesady. Dalej wchodzimy w puszki, makarony i inne napoje gdzie klimat już raczej bardziej umiarkowany. Na końcu czeka na nas dział z lodówkami, mlekami i mrożonkami i tam to już jak na Antarktydzie, chyba  z minus trzydzieści. Pracownicy to normalnie w kufajkach i kurtkach chodzą. I wcale nie na temat pogody w tym sklepie chciałem dzisiaj ponarzekać, ale na to czeka nas przy kasie. Poza odstawieniem swojego w kolejce, zapakowaniem żarcia trzeba jeszcze przecież zapłacić. I to co mnie wkurza w tych zakupach najbardziej to te cholernie krótkie lady. Nie wiem co za debil, to zaprojektował. Sytuacja jest zawsze taka sama, nie zdążę jeszcze wszystkiego do siatek popakować, a tu już trzeba płacić. Z reguły jest tak, że jak już zapłacę to mam jeszcze kilka rzeczy do zapakowania. I normalnie, to bym się trochę przesunął i sobie dalej pchał żarcie siaty (jak w Tesco na Długiej). Tylko, że niestety w Anglii te lady są tak krótkie, że się jedna osoba tylko mieści. No i wkurza mnie, to zawsze jak widzę jak się nerwowo kasjer na mnie patrzy, albo ludzie co stoją za mną. 

Mało tego jest jeszcze jedna pierdoła, co mnie z równowagi również wyprowadza. Mianowicie paragon. Choćby się nie wiem jak spieszyć, to kasjer zawsze dopilnuje, żeby o nim nie zapomnieć. I teraz czas na mega według mnie debilizm. Nie wiem dlaczego, ale kasjerzy są uczeni w jaki sposób oddawać resztę i rachunek. Zawsze robią, to tak, że na dłoni kładą paragon, na niego banknot i na to warstewka monet. I nie ma bata, zawsze mi się coś rozsypie. A walka z taką piramidką i schowanie wszystkiego do portfela spowalnia kolejkę jeszcze bardziej.

A wiecie co jest najgorsze. To, że nie potrafię tych zakupów robić. Swoje potrzeby żywieniowe potrafię planować tylko na około 24h do przodu więc niestety w Morrisonie bywam bardzo często.

sobota, 30 czerwca 2007
Jak to jest z tym rasizmem w Anglii.

Trochę sobie wczoraj w pracy pogadałem o życiu z dwoma Afrykańczykami, z którymi dość często ostatnio pracuję. Opowiadałem im o swoich początkach w Anglii, o tym jak tu w ciemno (bez pracy, bez znajomych, z pożyczoną kasą) rok temu z Sylwią przyjechaliśmy. Zajęło nam ‘aż’ około 10 dni znalezienie pracy. Piszę, że ‘aż’, bo jak się okazało Mikeowi (jednemu z nich) znalezienie jakiegokolwiek etatu zajęło trzy miesiące. Chłopak głupi nie jest, angielski ma bardzo dobry (jak większość Afrykańczyków), poza jednym ale... tym ale jest kolor skóry. Odziwo nie spotkałem się jeszcze w Anglii z jawnym objawem rasizmu. Nikt nikogo na ulicy nie wytyka palcami, nikt z nikogo się nie śmieje. Ludzie są różni i to zróżnicowanie właśnie tutaj widać najlepiej. Pomyśleć by sobie było można, że jest to bardzo tolerancyjny kraj. Pewnie każdy ma swoją opinię na ten temat, ale według mnie do końca tak nie jest i z dyskryminacją można się spotkać np. podczas szukania pracy. Mike nie jest jedynym tego przypadkiem. Nie rozwinę tego tematu dalej i przeskoczę w trochę inną bajkę. Zauważyłem ostatnio, że istnieje w Anglii pewien podział. Mianowicie poszczególne sektory gospodarki (głównie chodzi mi o branżę usługową) opanowane są przez inne nacje (mam na myśli imigrantów). I tak, branżą taksówkarską rządzi Bliski Wschód (chodzi mi tu o Hindusów, Pakistańczyków, itp.). Również oni prowadzą większość fastfoodów w stylu ‘fish&chips’, staje benzynowe oraz sklepy ‘off licence’ (można tam kupić alkohol, otwarci są z reguły do późnych godzin nocnych). Chińczycy i inni skośni poza swoimi restauracjami prowadzą większość ‘salonów piękności’, w których głównie robią tipsy i manikiury. Skośnych studentów często można spotkać z macsraczach, kfc i kawoszopach. Jeżeli chodzi o Polaków to naszą domeną są chyba głównie magazyny (warehousy). W przypadku Afrykańczyków ciężko wyróżnić branże w jakiej by się specjalizowali. Może właśnie poza firmami sprzątającymi. Dowodem jest moja firma gdzie obecnie pracuje kilkanaście pełnoetatowych pracowników. Poza mną, wszyscy są Afrykańczykami. Nawiązując do początku mojego wątku właśnie teraz widzę dlaczego każdy z nich tak bardzo szanuję tą pracę. Pewnie w wielu przypadkach jest to ich jedyna szansa na stałą posadę. Przez firmę przewinęło się kilkunastu Polaków i każdy z nich traktował to jako zło konieczne. Jeżeli chodzi o język, to nie ma nawet co porównywać nas do nich. Mamy tylko jedną przewagę nad nimi, mianowicie jesteśmy biali. W innym przypadku nie byłoby szans, aby aż tylu się tu nas zjechało. 

Moje wszelkie obserwacje dotyczą jedynie Coventry, bardzo jestem ciekaw jak to wygląda w innych miastach. Jeżeli macie inne odczucia, to piszcie. Pozdrawiam!

czwartek, 28 czerwca 2007
Mówcie mi ‘panie inżynierze’.

Z dzisiejszych wiadomości, to po pierwsze nareszcie mam internet. Po drugie w końcu pojawiły się wyniki egzaminów i końcowe oceny ze wszystkich przedmiotów, które tu realizowałem. Moi drodzy blogoczytacze dowiedziałem się właśnie, że wszystko zdałem i to nie byle jak, bo dostałem dyplom z najwyższym wyróżnieniem:))) Pełna nazwa tego czegoś brzmi Bachelor of Engineering with Honours First Class in European Engineering Studies. Mogę sobie teraz przed imieniem BEng. Jest to coś jakby odpowiednik polskiego ‘inż.’.  No może nie do końca, bo tutaj po studiach na poziomie inżynierskim pracę można bez problemu znaleźć. Nic więcej nie napiszę, czas iść spać bo rano przed szóstą trzeba wstać.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15